W czwartej walce gali LFN „Fortuna Dies Natalis” po raz pierwszy w klatkoringu zobaczyliśmy jedną z gwiazd organizacji LFN, Patrycję Krawczyk. Wrocławianka stanęła do boju z wielką niewiadomą z Finlandii Eriką Rinne. Pani Patrycja weszła do ringu odmieniona, uczesana w dwie kitki, zupełnie jak filmowa Harley Quinn z obrazu „Legion samobójców”.
Można było się tylko zastanawiać jakiego „Jokera” wyciągnie z rękawa tym razem. Ale to starcie, w formule K-1, żwawiej rozpoczęła Rinne. Dzięki świetnej pracy nóg i dynamice zadała kilka groźnych prostych ciosów, które doszły celu. Krawczyk troszkę przespała pierwszą rundę, a fińska niespodzianka odpaliła z całkiem niezłym skutkiem. W następnej rundzie Finka jak to Finka, dalej starała się kłuć, gdzie ostrzem były jej kombinacje ciosów prostych. Natomiast Pani Patrycja wreszcie się odnalazła, podłączyła swój „beast mode”. Nareszcie odpaliły jej słynne low-kicki, które niejednej przeciwniczce odbierały ochotę do walki. Drugą rundę można było przypisać już na korzyść Polki. Trzecia runda była decydująca, ale bardzo szybko wyjaśniło się kto będzie w tym pojedynku górą. Krawczyk zaczęła zadawać dużo celnych ciosów i kopnięć. Rinne mając już mocno okopaną nogę i bok traciła siły i dynamikę. Jej ataki osłabły i nie były w stanie zrobić krzywdy Pani Patrycji. Jednogłośną decyzją walkę zasłużenie wygrała Patrycja Krawczyk. Pani Erika udowodniła jednak, że w jej żyłach płynie krew Wikingów, pokazała serce do walki jak i kawał dobrego K-1.





